Nie mają szans na weekendowe szaleństwa, bo są wtedy w pracy. Budzą niechęć i zawiść, bo to oni decydują, czy będziemy mogli zabawić się w najlepszych klubach w mieście.
fot. Michał Gierliński
Zasadnicza różnica między ochroniarzem a selekcjonerem polega na tym, że selekcjoner wybiera gości, a bramkarz zajmuje się osobami, które nie chcą podporządkować się jego woli, i zazwyczaj musi tylko groźnie wyglądać. Wcześniej to bramkarze dokonywali wyboru gości - na zasadzie np. masz dres, nie wchodzisz. Dziś jest inaczej.
Minuta na rozśmieszenie W naszym kraju zawód selekcjonera pojawił się dość późno. Pierwsza selekcjonerka stanęła przed drzwiami klubu Piekarnia w Warszawie w 1999 roku. Od początku istnienia zjawiska door-selection w Polsce można mówić o dwóch szkołach selekcji. Pierwszą zapoczątkowała wspomniana Asia, która dyskretnie witała gości wchodzących do klubu, a tych, którzy się według niej do niego nie nadawali, prosiła o "kartę klubową lub zaproszenie". Drugą - stworzoną przez Pawła z nieistniejącego warszawskiego klubu H2O, której najbardziej znanym przedstawicielem był Daniel ze stołecznej Utopii - określić można jako "pokazową". Selekcja jest tutaj show ("daję ci minutę na rozśmieszenie mnie") lub teatrem jednego aktora.
Ile zarabia selekcjoner? Nikt nie mówi o tym otwarcie. Z nieoficjalnych informacji, plotek i szacunków wynika, że stojąc na bramce w klubie, zarabia się od 1,5 tysiąca do nawet 8 tysięcy złotych. Wysokość pensji uzależniona jest od miasta, w którym się pracuje, wielkości klubu i jego obrotów oraz stażu w zawodzie. Najwięcej dostaje się w dużych miastach, pracując w ekskluzywnych klubach jako doświadczony selekcjoner.
35 lat selekcji Selekcja, jak podają słowniki, to "dobór przez eliminację". To proste wyrażenie dobrze oddaje istotę zawodu selekcjonera. Żeby jednak zrozumieć, na czym dokładnie polega jego zajęcie, trzeba cofnąć się w czasie do lat 60., kiedy narodziła się idea door-selection. Epoka wyzwolonego hipisowskiego ruchu i wielkiej zmiany, jaka zaszła w 1968 roku, jest także początkiem pomysłu na selektywność w klubach. Pierwszymi, którzy postanowili zadziałać na przekór otwartemu ruchowi hipi, byli Steve Rubel i Ian Schranger. Obawiali się tego, że skoro do hipisów przystąpić może każdy, to z czasem w tym środowisku zaczną dominować jednostki hałaśliwe i chamskie, które zniszczą całą ideę. Przez wiele lat robili wspólnie interesy, aż postanowili założyć w 1977 roku w Nowym Jorku klub Studio 54. Dawniej w tym samym budynku przy 54 Ulicy mieściły się studia nagraniowe telewizji CBS, stąd nazwa. Do klubu mógł wejść każdy, pod warunkiem że spodobał się Steve?owi. To on stał przed drzwiami i decydował o tym, kto może wejść. Nigdy nikomu ze swoich decyzji się nie tłumaczył. Był to w końcu prywatny klub, którego był współwłaścicielem. Selekcja sprawiła, że klub szybko stał się miejscem zabawy nowojorskich elit. Bywały tu takie gwiazdy jak Andy Warhol, Cher, Blanca Jagger, Richard Gere czy Liza Minelli. Miejsce to jednak nie miało elitarnego charakteru. Steve wpuszczał ludzi na podstawie sobie tylko znanego klucza - biednych, bogatych, znanych i zupełnie przeciętnych, w zależności od tego, jaką miał koncepcję na wieczór. Niestety Rubel i Schranger wmieszali się w handel narkotykami, mieli też na koncie oszustwa skarbowe, co w roku 1980 doprowadziło do wielkiego upadku Studia 54. Idea selekcji jednak przetrwała i ostatecznie dotarła także do Polski.
Buce i puszczalskie? Sformułowanie "poproszę o kartę klubową lub zaproszenie" jest zmorą wszystkich, którzy chcą się bawić. Dlatego tak wiele żółci wylewa się na selekcjonerów na internetowych forach. "Selekcjoner to arogancki i prymitywny człowieczek. Jeszcze nigdzie z takim się nie spotkałem, a widziałem już dużo", "Selekcjoner to cham, buc i prostak, który stosuje jakieś dziwne metody", "Nie wiem, na jakiej zasadzie puszczalska decyduje o tym, kto wejdzie, a kto nie, ale chodzi jej pewno głównie o metki ubrań klubowiczów". Także w blogach znaleźć można sporo wpisów, w których młodzi ludzie opowiadają, jak źle zostali potraktowani przez selekcjonera i że uważają za skandaliczny sposób, w jaki decyduje o wpuszczaniu gości. Pamiętajmy jednak, że kluby należą do osób prywatnych i to zawsze one decydują o tym, kto "stoi na selekcji" - mają do tych ludzi pełne zaufanie. Jeśli selekcjoner nie chce kogoś wpuścić - czyni to niejako w imieniu właściciela, reprezentując go. Prośba o kartę klubową lub zaproszenie jest grzecznościową formą odmowy wejścia do klubu. Często zdarza się, że klub nawet nie ma takowych kart i nie rozdaje zaproszeń. Lepiej jednak i mimo wszystko przyjemniej usłyszeć, że nie weszło się z powodu ich braku, niż po prostu: "Przykro mi, ty nie wchodzisz".
"Student" nie wejdzie Samych selekcjonerów namówić do zwierzeń niełatwo. Nie chcą opowiadać o tym, jakie kryteria stosują podczas wpuszczania do klubów. Podkreślają zawsze, że to zależy od polityki klubu i charakteru wieczoru. Wszyscy twierdzą jednak, że selekcja jest potrzebna. Przede wszystkim po to, by odpowiednio do profilu klubu dobrać gości, którzy będą się dobrze w swoim towarzystwie bawić, nie będą sobie przeszkadzać i którzy będą zachowywać się kulturalnie. Oczywiście ciężko jest to ocenić na pierwszy rzut oka... Ale na tym właśnie polega trudność i odpowiedzialność tego zawodu. Wszyscy też w zasadzie są zgodni, że grupą bezwzględnie niewpuszczaną do ich klubów są dresiarze. Od razu przy tym wyjaśniają, że nie chodzi tylko o osoby ogolone na łyso i ubrane w strój sportowy, ale raczej o takie, które wyglądają, jakby szukały okazji do rozróby. Większość selekcjonerów dzieli bywalców swoich klubów na różne kategorie. Za każdym razem są one inne i inaczej traktowane ? w zależności od tego, kto w ogóle do klubu zagląda oraz jaka wobec poszczególnych osób jest polityka właściciela. Jedni selekcjonerzy mówią, że nie wpuszczają "studentów", czyli niemodnie ubranych chłopców z fryzurami przedszkolaka, inni nie pozwalają na wejście "blacharom", czyli przesadnie opalonym dziewczynom w skąpych strojach i ze zbyt dużą ilością makijażu, a jeszcze inni "biznesmenom" - bogatym starszym facetom, którzy eksponują zasobność swojego portfela. Wszyscy podkreślają też, że starają się eliminować osoby pijane i pod wpływem narkotyków.
Po znajomości Czego najbardziej nie lubią w swoim zawodzie? Chamskich klientów, którzy nie rozumieją, po co jest selekcja, i wyładowują na nich swoją złość. Brzydkiej pogody, gdy trzeba stać na zewnątrz albo w drzwiach, przez które co chwila wlatuje zimne powietrze. Braku wolnego w weekendowe noce, bo zawsze trzeba być w pracy. Wszyscy jednak twierdzą, że bardzo lubią to, co robią. Lubią kontakt z ludźmi, poczucie odpowiedzialności za imprezę i dużą swobodę, jaką dają im pracodawcy. Nie narzekają też na zarobki. Co trzeba zrobić, żeby zostać selekcjonerem? To trudna sprawa. Rynek pracy nie jest duży, bo liczba klubów w miastach nie zwiększa się lawinowo. Niemniej zdolni, kulturalni selekcjonerzy zawsze znajdą zatrudnienie. Jedni kojarzeni są na stałe z danym miejscem (jak wspomniana Asia z Piekarnią czy Daniel z Utopią), inni co jakiś czas zmieniają z różnych powodów miejsce pracy. Najłatwiej znaleźć wakat u znajomego, który akurat otwiera klub i ma do nas zaufanie. Dużą szansę na zatrudnienie mają także osoby, które polecą inni selekcjonerzy albo stali bywalcy klubu, gdzie akurat nadeszła pora na zmianę dotychczasowego systemu door-selection. Rzadko znaleźć można ogłoszenia, takie jakie w listopadzie zamieścił w internecie otwierający się w Gorzowie Wielkopolskim Metronom-Club, który w ten sposób rekrutować chce kandydatów na to stanowisko. Właściciele wolą mieć na selekcji ludzi znanych im i zaufanych, co nie dziwi, bo poza wybieraniem gości ich zadaniem jest po prostu budowanie wizerunku klubu na zewnątrz. Łatwiej też o pracę w większych miastach, gdzie nie tylko klubów jest więcej, ale też większa konkurencja między nimi, a więc i konieczność dokładniejszego profilowania, dla kogo dane miejsce jest przeznaczone.