Dołącz do nas!
Nie jesteś zalogowany | Zaloguj | Zarejestruj
O nasPatronatyReklamaKontakt
Autor: autor Zuzanna Mierzejewska 2009-08-19, ostatnia aktualizacja: 2009-09-22 13:48:13

Lista udręki

Nienawidzą jej studenci, a nawet niektórzy wykładowcy. Co jakiś czas powracają pytania o jej legalność. Czy lista obecności jest zgodna z prawem?

fot. Michał Gierliński

Zobacz podobne

Nie chce ci się rano wstawać, czekają cię nudne ćwiczenia, nie przepadasz za wykładowcą? Myślisz o pozostaniu w domu. Ale najpierw musisz obliczyć, na ile nieobecności możesz sobie jeszcze pozwolić. Wszystko przez listę obecności. Studenci mówią: nie, ale... Marysia, studentka kulturoznawstwa na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, uważa, że sami powinniśmy decydować o uczestniczeniu w zajęciach. - Studenci są dorosłymi ludźmi i sami powinni decydować o tym, czy chodzą na zajęcia - mówi. - Są takie, na których listy nie ma, a studenci pojawiają się tłumnie, bo są zafascynowani tematem lub osobowością prowadzącego. Na miejscu wykładowców i ćwiczeniowców skłaniałabym się ku łagodnej formie listowej "mobilizacji", powinno być przyzwolenie na nieznaczne przekroczenie limitu nieobecności.
Przeciwna liście jest także Kasia, studentka Wydziału Transportu Politechniki Warszawskiej. - Obecność na zajęciach jest sprawą indywidualną każdego studenta i nie powinna być narzucana z góry - twierdzi Kasia. - To mój problem, czy później zaliczę egzamin, czy nie. Nie zawsze samo pojawienie się na zajęciach sprawia, że dużo z nich wyniesiemy, często ćwiczenia są prowadzone w nudny i nieciekawy sposób.
Jednak nierzadko ci sami studenci przyznają, że lista obecności ma swoje zalety. Na przykład może okazać się świetnym mobilizatorem. - Wiem, że lista mobilizuje mnie do przychodzenia - mówi Marysia. - Gdyby nie ona, miałabym więcej nieobecności, odpuszczała sobie tylko dlatego, że mi wolno.
Monika, studentka psychologii społecznej w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej, przekonuje: Studia wyższe są pewnego rodzaju przywilejem, skoro się na nie decydujemy i mamy taką możliwość, to powinniśmy umieć się dostosować do praw i warunków, zasad, jakie są ustalone przez daną uczelnię. Jej zdaniem brak listy obecności utrudniłby zdawanie egzaminów.
Ambiwalencja wykładowcy Również sami wykładowcy mają różne podejście do listy obecności. Dr Elżbieta Sekuła z Wydziału Nauk Humanistycznych i Społecznych SWPS listę sprawdza zawsze, jednakże frekwencja nie ma wpływu na ocenę. Jej zdaniem lista nie służy dyscyplinie, ale poznaniu. - Sprawdzam listę, bo to pomaga mi zapamiętać twarze i skojarzyć je z nazwiskami. Zależy mi na tym, aby znać wszystkich swoich studentów. Oczywiście "czynnik ludzki" ma tu ogromne znaczenie, ale chodzi też o wymiar praktyczny. Lepiej mogę ocenić czytany esej, jeżeli klei mi się z konkretnym człowiekiem i tym, co robi on na zajęciach, jakie ma pasje etc. - mówi dr Sekuła.
Także mgr Tomasz Grzyb z Katedry Metodologii i Psychologii Poznawczej SWPS osobiście nie bardzo lubi sprawdzać listę i niechętnie widzi na swoich zajęciach tych, którzy uczęszczają na nie tylko po to, aby zaliczyć obecność. - Sprawdzanie obecności na zajęciach jest dla mnie jedną z najbardziej znienawidzonych czynności - mówi. - Z mojego punktu widzenia dowodzi traktowania studentów w sposób dość infantylny. Uznaje się de facto, że jeśli się tej obecności sprawdzać nie będzie, to studenci na zajęcia nie przyjdą. Oczywiście są studenci, którzy w taki sposób muszą być do zajęć motywowani, ale dla mnie jako prowadzącego lepiej jest, żeby się na zajęciach w ogóle nie pojawiali. Jednak dotyczy to tylko zajęć standardowych, ćwiczeń czy wykładów. Jeśli chodzi o warsztaty, prace projektowe, zadania, jakie studenci wykonują np. przez cały semestr, sytuacja wygląda inaczej - tu na nieobecność pozwolić sobie nie można.
Odmiennego zdania jest mgr Joanna Lewczuk z Wydziału Psychologii UW. W jej opinii zajęcia są obowiązkowe i na nieusprawiedliwione nieobecności pozwolić sobie nie można. Obecność jest warunkiem zaliczenia. - Jeśli prowadzący na początku zaznacza, że obecność jest warunkiem zaliczenia - a tak jest w przypadku moich zajęć - to sprawdzanie obecności jest jak najbardziej uzasadnione i konieczne, aby wszystko było jasne. Podobny pogląd reprezentuje dr Małgorzata Toeplitz-Winiewska z Wydziału Psychologii UW, która przedstawia następujące argumenty: Na zajęciach obowiązkowych, tzn. ćwiczeniach i seminariach, zawsze sprawdzam listę, ponieważ obecność i aktywność są ważne. Przy okazji poznaję studentów. Na wykładach sprawdzanie listy moim zdaniem nie ma sensu, wykłady nie są obowiązkowe, co nie znaczy, iż nie trzeba ich zaliczyć, zdając egzamin. Co na to prawo? Tyle zainteresowane strony, a jak wygląda ten problem w świetle prawa?
Rzecznik praw studenta UW Robert Pawłowski mówi jasno: Uczelnia ma prawo określać w swoim regulaminie prawa i obowiązki związane z tokiem studiów. Jeśli więc tam stwierdza, że zajęcia są obowiązkowe, to najprostszym sposobem na egzekwowanie tego staje się właśnie lista. Oczywiście na ciekawe zajęcia studenci przychodzą z własnej woli.
Wątpliwości nie pozostawia wypowiedź marszałka Parlamentu Studentów UW Mariusza Drozdowskiego, który nieco szerzej ujmuje całą sprawę i szczegółowo wyjaśnia zagadnienie: Sprawa jest dość prosta i rozbija się o pojęcie władztwa zakładowego. Istotę władztwa zakładowego stanowi zakres upoważnień dla zakładu do jednostronnego kształtowania stosunków prawnych z użytkownikiem zakładu. Władztwo to przejawia się w dwóch głównych płaszczyznach: kształtowania reguł ogólnych dotyczących korzystania z zakładu oraz indywidualnej, obejmującej wydawanie poleceń skierowanych do użytkowników zakładu. Uczelnia wyższa jest także miejscem, gdzie ma zastosowanie władztwo zakładowe. Wchodząc do uczelni jako do instytucji, zgadzamy się na pewne warunki. Otrzymujemy zakres praw, ale  i obowiązków. Władztwo zakładowe pozwala egzekwować te obowiązki. Student, poprzez immatrykulację, zgadza się poddać temu władztwu, by uzyskać pewne przywileje. Nie tylko zgadza się na sprawdzanie obecności, ale i na krytykę, ocenianie, egzaminowanie itd. Wykładowca ma więc prawo sprawdzać listę, jeśli uczelnia określa jako warunek zaliczenia czegoś obecność. Sprawdzenie listy jest formą kontroli, czy wywiązujemy się ze swoich obowiązków wobec uczelni i prowadzących - swoistą nagrodą za to zaś jest możliwość uzyskania tytułu zawodowego licencjata lub magistra.
Stracone złudzenia? Nie da się uniknąć listy obecności, ale przecież są zajęcia, które lubimy, i wykładowcy, których chętnie słuchamy. I zawsze możemy liczyć na szczęście, że uda nam się zaliczyć bez stuprocentowej frekwencji. 

Komentarze do "Lista udręki"

BRAK KOMENTARZY
Musisz być zalogowany, aby skomentować. Jeśli nie masz konta, zarejestruj się teraz!
Chcesz się podzielić ciekawą informacją?
Wyślij nam swój artykuł
Zaloguj Zarejestruj
Reklama